Co dalej z nyską kliniką serca?

Od czterech lat Polsko-Amerykańskie Kliniki Serca w swoim oddziale w Nysie przyjmują rocznie około 1,3 tys. pacjentów cierpiących na choroby układu krążenia. Większości z nich ratują życie w oddziale chirurgii naczyniowej wyposażonej w najnowszej generacji sprzęt medyczny. Z końcem października zostanie on jednak zamknięty.

Beata Łabutin: Jak to możliwe, że tak nowoczesnemu oddziałowi grozi zamknięcie?

Prof. Paweł Buszman: Oddział w Nysie powstał na bazie doświadczenia polskich i amerykańskich lekarzy sercowo-naczyniowych, którzy już kilkanaście lat temu stworzyli model opieki nad pacjentem sercowo-naczyniowym; można go leczyć przy wykorzystaniu technik nieinwazyjnych. Niepotrzebne są do tego wielkie szpitale i długie w nich pobyty. Wystarczy sprawna organizacja opieki, nowoczesna technologia i wykwalifikowani lekarze - to pozwala na fachowy zabieg, krótką hospitalizację i szybki powrót do aktywności zawodowej i życiowej. Takie podejście do leczenia to oszczędność olbrzymich pieniędzy z państwowej kasy.

Dodam, że w nyskim oddziale chirurgii naczyniowej jest najnowszej generacji sprzęt medyczny, w tym jedyna w województwie hybrydowa sala operacyjna. Dlatego kompletnie dla mnie niezrozumiały jest fakt nieumiejętnego planowania wydatków na leczenie schorzeń sercowo-naczyniowych.

Dlaczego nieumiejętnego?

- Choćby dlatego, że nakłady opolskiego oddziału Narodowego Funduszu Zdrowia na leczenie w ramach chirurgii naczyniowej wynoszą 10 zł na mieszkańca, podczas gdy w województwie śląskim jest to 12 zł, w dolnośląskim - 16 zł, a w mazowieckim - 19 zł.

Poza tym rok temu wojewoda zobowiązał PAKS do pełnienia ostrego dyżuru dla powiatów prudnickiego i nyskiego, czyli dla blisko 30 proc. ludności województwa. Oznacza to, że przez 24 godziny na dobę musimy mieć pełną obsadę medyczną dla każdego możliwego zdarzenia. Nie da się tego zrobić za 100 tys. zł miesięcznie. Wreszcie w ramach zdecydowanie zbyt niskiego kontraktu z NFZ dostajemy nieproporcjonalnie małą część pieniędzy na leczenie chorób sercowo-naczyniowych w porównaniu z liczebnością tej części populacji Opolszczyzny, która jest pod naszą opieką.

Jakich pieniędzy potrzeba, by oddział w Nysie mógł funkcjonować bez przeszkód?

- Nasze roczne wykonania to 10-11 mln zł, i to dotyczy tylko zabiegów pilnych, których nieprzeprowadzenie może skutkować w krótkim czasie np. udarem czy pęknięciem tętniaka aorty. Nie wspomnę tu o zabiegach planowych.

Za ostatnie dwa lata NFZ nie zapłacił nam już prawie 20 mln zł nadwykonań za procedury ratujące życie, bo kwestionuje zakwalifikowanie ich jako tego właśnie rodzaju procedur. Dodam, że większość szpitali w województwie za nadwykonania dostaje pieniądze z NFZ. My nie, chociaż ratujemy ludziom życie. Nie możemy dłużej kredytować naszej działalności. Pójdziemy do sądu.

Jeśli nastąpi koniec działalności oddziału w ramach kontraktu NFZ, co się stanie z pacjentami?

- Nie zamkniemy całkowicie naszego ośrodka w Nysie. Jest tu przecież np. dobrze działająca kardiologia. Będziemy się starać przynajmniej konsultować pacjentów i przekierowywać ich dalej, będziemy też wykonywać zabiegi komercyjne, choć nie łudźmy się - mało kogo będzie na to stać.

Dodam - z całym szacunkiem dla Wojewódzkiego Centrum Medycznego - że w tym szpitalu nie ma pełnoprofilowego oddziału chirurgii naczyniowej, a tylko pododdział, nie pełnią też całodobowych dyżurów w zakresie chirurgii naczyniowej. Zdarzało się, że nawet z Opola trafiali do nas pacjenci z tętniakiem, bo akurat w Opolu nie było chirurga naczyniowego na dyżurze.

Przypuszczam, że jeśli dojdzie do zamknięcia naszego oddziału, to pacjenci wyjadą poza województwo, do Wrocławia czy Katowic, a fundusz i tak będzie musiał za nich zapłacić, tyle że poza naszym województwem, w ramach rozliczeń migracyjnych za chorych. A te pieniądze mogłyby przecież zostać w województwie. Nie wspomnę już o ryzyku związanym z transportem chorego czy z opóźnieniem w udzieleniu mu pomocy.

www.opole.wyborcza.pl