Aktualności

Zamknął gabinet i zgłosił się do pracy w szpitalu zakaźnym. Co radzi "dezerterom"?

Dr Marek Karel, 63-letni internista, po wybuchu epidemii koronawirusa w Polsce zamknął prywatny gabinet w Mikołowie i na ochotnika zgłosił się do pracy w jednoimiennych szpitalu zakaźnym w Tychach. Tym, którzy się pozwalniali, radzi zastanowić się, czy nie minęli się z powołaniem.

Lekarz bał się, że w prywatnym gabinecie może narażać siebie i swoich pacjentów na zakażenie koronawirusem. 11 marca zamknął swoje główne miejsce pracy, ale jednocześnie stwierdził, że może przydać się gdzie indziej. "Przepracowałem w tym zawodzie już ponad 30 lat. Czułem taką powinność" - mówi w rozmowie z Gazetą Wyborczą.

Zaznacza, że ze szpitala w Tychach (Szpitala Megrez - red.) odeszło bardzo wielu lekarzy, więc przyjęto go z otwartymi ramionami. Pracuje na oddziale chorób wewnętrznych i zajmuje się tylko pacjentami z COVID-19.

Ma wrażenie, że praca w szpitalu jednoimiennym jest bezpieczniejsza niż w innych. "Od pierwszego kontaktu z pacjentem wiemy, że jest zakażony, mamy środki ochrony, potrafimy z nich korzystać" - czytamy w wywiadzie.

Zapytany, jak ocenia tych, którzy zrezygnowali ze świadczenia usług zdrowotnych, odpowiada wprost: źle. Mówi, że zwalniali się nawet ordynatorzy. "Wiem, że jest strach o siebie. To ludzkie, ale mimo wszystko się dziwię. (...) Gdybym miał się zwolnić z powodu epidemii - to byłby wstyd" - ocenia.

"Dezerterom" radzi, by się zastanowili i wrócili, bo nie jest to tak niebezpieczne, jak się powszechnie sądzi. Tym, którzy nadal chcą trwać w swoim postanowieniu, dr Karel sugeruje, by odpowiedzieli sobie na pytanie, czy nie minęli się z powołaniem.

Więcej: wyborcza.pl